Okazuje się, że remonty są bezduszne i nie uznają porządków przedświątecznych, spotkań rodzinnych, odpoczynku, czasu dla bloga powodują natomiast chroniczny stan poirytowania, bo ciągle trzeba tkwić w blokach startowych, ale dzięki temu jestem nieprzejedzona, dotleniona no i nieco zapóźniona w życiu społeczno-techniczno-industrialnym.
Wałek do ciasta
ostatni niestety,
bo bezproblemowo mi się na nich pracuje powędrował już do pewnej
świeżo upieczonej mężatki, która nie lubuje się w typowo ślubnych
gadżetach i nie zrobiłam go w celu okładania się, ale jest to wałek z
misją pokojową i chciałbym aby przypominał o bliskości w związku
małżeńskim.
A po prawej Roman położył swą łapę na tych dwojgu niebieskich ptaszkach.....
Ponieważ wywołane zostało do
tablicy hasło święta a mnie z planów
jajecznych jak zwykle nic nie wyszło to żeby
był jakiś mierny jajeczny akcent, czyli kartka.
Tradycją na blogach jest candy na
rok istnienia bloga i nie będę jej przerywać, ale do tego obrządku wrócę później, bo to rok od pierwszego
wpisu na blogerze i ponad dwa, od kiedy mnie wessało w ten dekupażowy świat i
nigdy nie zapomnę słów koleżanki, że to tylko „pomalować nalepić i już”, czyli banalna sprawa.
Zastanawiam
się czasami, dlaczego decoupage i myślę sobie, że fajnie, że można ozdobić każdy
najszkaradniejszy nawet przedmiot, ale przecież byłoby bezsensowne oklejać
każdy najszkaradniejszy nawet przedmiot, choć szkarady ci wokół dostatek a jak
mamy do czynienia z przypadkiem klinicznym to nigdy nic nie wiadomo.
Z
perspektywy tych dwóch lat znalezienie pasji mogę
porównać do podcinania własnej gałęzi, bo co myśleć o tym, że każdy bardziej lub mniej luźny grosz inwestowałabym w papiery, ale nie
wartościowe tylko ozdobne a resztę w pozostałe deco-gadżety też ozdobne.
Albo nieustający brak czasu i tylko pociesza fakt, że nie mam go też na np. obserwację procesu powiększania się cellulitu,
którym kiedyś się emocjonowałam jednak mimo, że decoupage mu pomaga w rozwoju to
raczej mi to już powiewa i w rezultacie zamieniłam sklepy kosmetyczne na
markety budowlane. A myśli natrętne, które jak owsiki pojawiają się w kolejce
supermarketu, autobusie i nie powiem jeszcze gdzie nad tym, co by tu jeszcze
zmalować a przecież planów mam na pół roku do przodu albo i dłużej nie mówiąc o przestrzeni, która już na początku zapadła się jak stara purchawka.
Czas kończyć, bo większość osób
czytających bloga to pasjonatki, które to doskonale rozumieją: dom
panoramicznie "udekorowany" suszącymi się klamotami, po kryjomu przed domownikami przemycane kolejne zakupy, wiecznie niedopieszczone paznokcie a odsieczy nie widać wręcz
przeciwnie jakieś pokrewne pasje się zakradają czyniąc dalsze spustoszenie.
I tylko pękam z dumy, że tu
zaglądacie, bom w najśmielszych nawet snach rok temu nie przypuszczała, że to
tak zakiełkuje i pójdzie swoim życiem przy tych ledwo trzydziestu wpisach, które stały się wypadkową potyczek z dekupażem i wydarzeń życiowych, co jak spojrzę wstecz przeplata się trochę jak mydło i powidło.
Wracając do doczesnych spraw
technicznych związanych z candy zasady jak
zwykle, czyli:
- komentarz pod tym postem,
- ww zdjęcie-baner na swoim blogu
o candy,
- w przypadku osób nieposiadających bloga komentarz,
- mile widziane dodanie
się do obserwatorów.
A w skład wchodzą:
- zdekupażowany wałek z odzysku,
- dwa obrazki na deseczkach z odzysku,
- tradycyjnie stosik kilkudziesięciu serwetek,
- papier ryżowy z etykietami,
- Zeszyty Decoupage - trzy dodatki do Gazety Wyborczej a jeśli się znajdą do o czasu losowania to będzie więcej, bo poszukiwania ciągle trwają.
Rozstrzygnięcie 30 czerwca, czyli zgodnie z kalendarzem nietypowych świąt w dzień rozwalania zabawek i mam nadzieję, że do tego czasu uda nam się przekornie i przynajmniej powierzchownie uporządkować zabawki w naszej lekko zdemolowanej piaskownicy i losowanie odbędzie się już w nowym-starym domu.
Odwaga nie jest brakiem strachu. To świadomość, że coś
jest ważniejsze niż strach.
Może trudno w to uwierzyć, ale dziś nie będzie żadnej reanimacji, gdyż padło na zupełnie nową rzecz - mebel w stu procentach wyprodukowany przez naszą
małżeńską spółkę wykonany został przez małżonka, ozdóbki to tradycyjnie
moja działka, choć udzieliłam prawa głosu, które uważam całkiem zgrabnie wykorzystał np. metalowe narożniki a jeśli chodzi o kolor zwykł odpowiadać: no
nie jest taki zły albo koronny - rób
jak uważasz no to zrobiłam.
Nie wiedziałam jak go nazwać: regał, witryna,
biblioteczka, bo zawiera wszystkiego po trochu i wymyśliłam - kącik lekko kulturalny, bo jest przeznaczony na sprzęt grający, książki, płyty no i szpetny telewizor ma w nim przewidzianą swoją jamę. Na razie przypadkowe przedmioty przeciągnęłam tą samą farbą,
które jeszcze nie mają swojego miejsca, ale w ruderce poza urządzeniami
sanitarnymi jeszcze nic nie ma swojego miejsca.
Kolor to własnym sumptem zmieszana: biel, czerń, brąz,
beż i krem w proporcjach jak popadnie a podejrzewam, że mogłam biały z czarnym
połączyć i wyszedłby ten sam a po tych ekscytujących eksperymentach kolorystycznych
prawie beczka farby została i będę nią teraz malować wszystko , co na drzewo nie da rady uciec.
Antykariera - odkrywanie
własnego powołania
To praktyczny sposób wyrażania naszej niepowtarzalności i próba
pogodzenia wschodniej duchowości z zachodnią przedsiębiorczością., która
odpowiada na proste, lecz ważne pytanie: czy można zarabiać pieniądze, robiąc
to, co się kocha i odpowiada: tak.
Czy antykariera stanie się Biblią pracy XXI wieku? Patrząc
na tych, którzy w gorączce robienia biznesowych interesów dotarli do etapu
pustki i wypalenia, miejmy nadzieję, że tak. Pytanie o sens pracy ma pod koniec
drugiego tysiąclecia głębokie uzasadnienie. Antykariera to nie tylko prowokacja
intelektualna - to zaproszenie do intelektualno-duchowych podróży życia, która
daje przeświadczenie o bogactwie możliwości i wzajemnej współzależności z
innymi ludźmi i wszelkimi żyjącymi istotami. Wyzwala nas z obrazu świata
opartego na lęku, gdzie stale dominuje obawa o własne bezpieczeństwo cdn.
Rick Jarow, twórca i guru
pojęcia - antykariera.- fragmenty
z http://www.wegetarianski.pl/
Twórczy pęd mnie dopadł chyba z wiosną związany i postanowiłam
po raz pierwszy wziąć udział w wyzwaniu Szuflady i ta oto kartka została zgłoszona na wyzwanie nr 5 - „dziękuję Ci, że jesteś” mam nadzieję, że spełnione będą wszystkie wymagania. Przeznaczona jest dla naszego przyjaciela, który tak bardzo nam pomógł w pracach nad naszym nowym domem a jeśli cytat z kartki jest nie czytelny to brzmi on tak: Gdy przyjaciele są prawdziwi nie przypominają szklanych cacek ani mrozu na szybie lecz są najsolidniejszą, ze znanych nam rzeczy.
Druga
nie nie spełnia wymogów, bo nie o taki sposób obcowania chodzi.
Poza tym znów kilka
staroci wpadło w moje ręce,
których jeszcze sporo zalega kąty naszej ruderki a do tego bezczelnie
odbiera głos
naszym znajomym, którzy dopytują, czy rzeczywiście nie zamierzamy
wyrzucić tego
czy tamtego? I chyba nie mogą się odnaleźć kiedy widzą, co my tam mamy,
co wyprawiamy
i jak wyglądamy, bo od moich dziennych kreacji gorsze są tylko moje
wieczorne kreacje
i nic dziwnego, bo ilość polarów, które wymazałam farbą przekracza
swobodnie średnią
krajową .
Dwa stare syfony, które przedtem były
w metalicznych odblaskowych kolorach tak szpetne, że na wszelki wypadek
nie
zrobiłam zdjęcia żeby mi nie przyszło do głowy wrzucić ich na bloga, bo
mógłby
stanąć łuną .
Do kompletu z syfonem dorobiłam
donicę od kilku lat smętnie zalegającą górne partie wysokich mebli może teraz
pojawi się dla niej jakaś szansa. Para z nich mieszana w ogóle niedobrana poza
motywem oczywiście.
Akcja rozgrywa się na naszej
świeżo wycyklinowanej podłodze, która radykalnie zmieniła wygląd ruderki, ale
jeszcze nie pora na odsłonę.
Popękany, stary wałek do ciasta,
który miał dwie możliwości skończyć w piecu albo stać się
ozdobionym i i już nieprzydatnym w pracach kuchennych.
Serducho, które też tkwiło dość długo w kącie chyba w stanie przedzawałowym
od ilości kurzu wziętego na klatę, aż wreszcie doczekało się wykończenia.
Najkrótsza droga wiedzie na manowce; najdłuższa - z powrotem.
Udało mi się wykończyć drugą walizkę, mimo, że w naszej ruderce nastała epoka
lodowcowa i każdą wolną chwilę spędzaliśmy na walce z mrozem poniżej trzech polarów nie schodząc chuchając i dmuchając na zamarznięte krany, prysznice i pozostałe urządzenia sanitarne, ale przy takich mrozach ta niedoskonała logistyka zawiodła i przegraliśmy wojnę, a małżonek który będąc facetem, który jeńców nie bierze spał tam przy temperaturze dwóch stopni w nocy a po całodziennym paleniu w kozie bywało nawet sześć w porywach, ale do rzeczy. Ponieważ walizki występować będą razem ozdobiłam je niby różnie, ale jednak podobnie.
Obie oklejone zostały wydrukami
pochodzącymi ze strony Graphic fairy, ale nie zdejmowałam skalpa w postaci
transferu, bo szkoda mi było preparatu na tak stare rzeczy, popacikałam patyną boki i metalowe elementy, które w rezultacie
wyglądają na zardzewiałe zresztą gołym okiem widać, że ich mechanizmy są mocno
niedoskonałe, ale przecież nikt nie jest.
Poniżej zbiór posiadanych przez nas na razie walizek: dwie ze strychu jedna ze śmietnika. Grunt to umieć się ustawić.
Dla przypomnienia jak wyglądały kiedyś.
Wyszperałam też inne pomysły na wykorzystanie starych walizek.
Dwie romantyczne kartki w kolorach jedynie słusznych dla mnie oczywiście.
Ren-ya zaprosiła mnie do zabawy dotyczącej ulubionych seriali, która polega na tym, że należy:
1. Opublikować u siebie na blogu
logo taga.
2. Napisać kto go otagował.
3. Zaprosić co najmniej 5 innych
blogów.
4. Wymienić i opisać kilka swoich
ulubionych seriali.
Jednak nie będzie zgodnie z zasadami, ponieważ nie znam się na obecnie panujących serialach, więc sięgnę do przeszłości i wyłuszczę coś z
pamięci póki jeszcze się da.
Serial mojego dzieciństwa to Czterej pancerni i pies i pewnie kilkadziesiąt procent czterdziestolatków i wzwyż też go
wymieni a powodem była przewrotna, bo podwójna miłość oczywiście do Szarika, ale i do Janka Kosa jego blond grzywki oraz inteligencji techniczno-interpersonalnej. Przeszło mi ze trzydzieści lat temu, jednak małżonek pastwi się nade mną dalej i wpatrując się w wylniałe kopie przepowiada, co nastąpi po kolejnej scenie, ale jeszcze gorzej jest, kiedy zaczyna śpiewać razem z Grigorijem Saakaszwili.
Stawka większa niż życie fascynowała i fascynuje do dziś jednak w poruczniku Klosie się nie kochałam, bo był za mało spontaniczny jak na mój gust, ale chyba trudno by było napisać scenariusz dla romantycznej postaci, która sieje takie spustoszenie w szeregach abwery.
Jeszcze w zeszłym roku chciałam napisać
obraźliwego maila do TV, kiedy
ostatni odcinek Wakacji z duchami przenieśli o pół godziny wcześniej.
W czasach kształtowania się niektórych związków chemicznych lubiłam dobranockę Bajki z mchu i paproci (wszak to też serial) a zwłaszcza
muzykę, przy której miałam ciary na plecach tylko wtedy nie umiałam tego
nazwać, która zawsze trwała za krótko a jak wiadomo niespełnione
pragnienia
dzieciństwa mogą mieć wpływ na całe życie. Pamiętam, że bajki
miały dwóch stabilnych emocjonalnie bohaterów zwłaszcza w porównaniu ze
współczesnymi rozpędzonymi i sprytnymi jak MacGyver postaciami z
kreskówek Żwirek i Muchomorek nawet w tarapatach byli zrównoważeni i
apatyczni podobnie jak muzyka.
kultowe Wielkie
projekty. To historie
ludzi, którzy postanowili zbudować lub wyremontować własne domy i po wnikliwej analizie kilkudziesięciu odcinków doszliśmy do wniosku, że do szczęśliwego zakończenia budowy lub remontu domu niezbędne są pieniądze, ale równolegle motywacja, jak zawsze rozsądek i praca własna.
Na koniec muzyka nie z serialu, ale z pierwszego i jednego z niewielu i dobrze polskich westernów - Prawo pięści w wykonaniu Edmunda Fettinga, czyli tego, który śpiewa Deszcze niespokojne. Magiczna piosenka, przy, której zwalnia świat.
Do dalszej zabawy proponuję: Ewkiki,Inkwizycję, Mamon, Czarnego kota oraz Kamarek pod warunkiem, że jeszcze na ten temat się nie wypowiadały i nie zobowiązująco, bo nie o to chodzi.
Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego,
czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść
bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij,
odkrywaj.