sobota, 12 października 2013

Działania alternatywne



Tradycyjnie o tej porze roku rozpoczęła się okupacja mojego organizmu przez szczepy bakcyli i wirusów  a ilość wydzielin szukających ujścia osiągnęła taki poziom, że nie pozwala mi to na zajęcie się decoupag’em, który jak dla mnie wymaga swobodnej żeby nie powiedzieć pustej głowy i dobrej formy fizycznej, więc nie pozostało nic innego jak zająć się alternatywną formą działalności, czyli kartkami.



 Przy jednym bałaganie wypracowałam sobie hurtową metodę ich powstawania  zwłaszcza, że zazębiają się kolorystycznie, co dodatkowo sprzyja masowości. No a że kartki zajmują mało miejsca cenzura nie ośmieliła się zadawać zbędnych pytań od czasu do czasu tylko zaciekawiona łypała okiem znad pilota, tym bardziej, że miałam całkiem przyzwoite alibi, bo jedna potrzebna była na imieniny koleżanki. Niestety użyłam innego niż zwykle kleju, więc niektóre w zależności od użytego papieru nie trzymają ani pionu, ani poziomu.



 
Przy okazji kartek towarzyszy im kilka nowo zakupionych drobiazgów w większości świeczników,  do których mam dużą słabość, ponieważ w moim wypadku poprawiam sobie nastrój świecznikami, narzutami, obrusami, meblami no i oczywiście serwetkami. Ciuchami raczej na tyle aby nie siać zgorszenia albo nie straszyć. Jak widać bardzo różne są gabaryty moich słabości a ostatnio rozpoczęłam polowanie na jakieś duże zwierzę typu kredens, bo żeby te kolejne świeczniki i pozostałe gdzieś lokować muszę sukcesywnie zwiększać powierzchnię wystawienniczą.

















Błogosławiony ten, który śmieje się z samego siebie albowiem będzie miał ubaw do końca życia.


poniedziałek, 30 września 2013

Pstry wpis, bo i w głowie jakoś pstro



Zgodnie z powiedzeniem, że kto rano wstaje ten jest niewyspany myślę sobie jak wiele dobrego jest w stanie zdziałać odpowiednia ilość snu i oczywiście łyk bieszczadzkiej atmosfery. Te mikroskopijne w skali roku sielskie chwile stabilizacji emocjonalnej od razu zaowocowały odmiennymi, złapanymi jak kiepski złodziej na gorącym uczynku przemyśleniami, że pozostawiony w tzw. tyle świat wcale bez nas nie zbankrutuje wręcz przeciwnie pewnie ma się doskonale. Wystarczy tak krótko nic nie musieć albo musieć to,  co się chce a człowiek dochodzi do tak odkrywczych wniosków i co gorsze przypomina sobie o jakiś bezlitośnie zarzuconych marzeniach.
Na pamiątkę tegorocznego pobytu w Bieszczadach kilka fotek zwierzęcych par, które zrobiłam w szpitalu dla chorych i zranionych zwierząt w Lisznej, a które udało mi się uchwycić w obecności jakiejś bardzo różnie usytuowanej, niewidocznej osi



Jadąc na oparach tych urlopowych wspomnień żeby nie dopuścić do pustostanu na blogu w miesiącu wrześniu po urlopowych i służbowych wojażach uwieńczonych oczywiście zwolnieniem lekarskim,  ostatnim rzutem na taśmę zrobiłam min. taki słoneczny komplet, przed nastaniem jesieni z tą jej nobliwą i co tu gadać pełną klasy kolorystyką.




Do wykonania kompletu użyłam min. zestawu do decoupage firmy Corex, która jest dystrybutorem niemieckiej firmy Nerchau w Polsce. Nie mam wielkiego doświadczenia w ilości przetestowanych produktów, bo jak mi coś przypasuje to się przyzwyczajam, ale coś tam konstruktywnego może uda mi się napisać.

Po pierwsze brawa za pojemniczki, bo dla tych, które używając farb malują całą okolicę łącznie z sobą znacznie zmniejsza to straty, gdyż jest prosty i bezpośredni dostęp do preparatu i nie trzeba się mocować przy jego otwieraniu albo w pocie czoła szukać machiny, którą uda się przepchać jakiś mikroskopijny dziubek. Najbardziej podobał mi się klej wydajny i gęsty, więc przy serwetkach było mniej niż zwykle problemów z przerywaniem tym bardziej, że na butelce jest bodajże pięć różnych motywów z serwetek o bardzo różnej jakości.
Podobnie jest z farbami, które też są gęste a przy okazji nasycone i rozbrykane kolorystycznie, co daje możliwość tworzenia i mieszania kolorów przy użyciu naprawdę maleńkich ilości.



Dla stonowania nastroju zrobiłam świecznik z kieliszka z nieśmiałym i prostym jak drut reliefem, używając glitter linera również firmy Nerchau, który ma bardzo cieniutki dziubek, co tym razem jest dużym plusem i jest bardzo istotne dla początkujących, bo i tak nie raz i nie dwa zdarzyło mi się postawić plamę lub za dużą kupkę. Nie pytajcie ile ćwiczyłam przed postawieniem pierwszych reliefowych kulfonów, ale bardzo się cieszę, że się zmobilizowałam, bo to mój bardzo mały krok, ale jak wiemy niektóre kroki mają duże znaczenie czasem dla całej ludzkości. Podsumuję ten zestaw tak: nie wszystkiego użyłam, ale tego, co użyłam na niczym się nie zawiodłam i pewnie jeszcze wrócę do tych preparatów, których nie użyłam.



Jeszcze etiu zmalowałam z pałacem i truskawkami aby wreszcie czerwone pomidory w moim domu nie czuły się tak osamotnione i nie pytajcie dlaczego nad truskawkami jest napis orange, bo po pierwsze robiłam je z odpadków podekupażowych a właśnie taki samotny odpadek mi został, po drugie potrzebny był niebieski do przełamania żółcio-czerwieni a po trzecie nie miałam napisu truskawki, no bo kto ma?


 
I jak, co roku działania prewencyjne polegające na odsuwaniu od siebie myśli o powrocie do rzeczywistości zawiodły, bo jak u większości z nas jak bumerang wrócił moment, kiedy dźwięk budzika wyrywał ze snu a pod skromne progi zajechał przysłowiowy wózek, który każdego zmusza do zgięcia karku, aby łatwiej go było ciągnąć. Reszty dopełnia ten pokręcony szary ważniak - mózg oraz nieubłagany sztywniak - czas, którzy w zgranym duecie bezszelestnie i podstępnie zamieniają księcia w żabę, czyli urlopowy nastrój w zagonioną codzienność. Jednak przyjaźnią, miłością, pasją albo jeszcze czym innym, co tam kto umiłował możemy odczarowywać księcia, choćby na krótkie chwile. Metoda zależy od nas.

piątek, 30 sierpnia 2013

Świat sepii i świat kotów, czyli o przeplataniu i przemijaniu światów



Już gdzieś, kiedyś zanudzałam, że niektóre kolory lubię bardzo, inne trochę a jeszcze innych wcale a nawet w swojej gorliwości załączyłam jakiś dziwny raport kolorystyczny. Że niby turkus lubię niespecjalnie, choć uległam modzie i coś tam zmontowałam w tym kolorze, że niebieski średnio, ale też coś zmontowałam, ale już z czerwieni to mam w domu tylko pomidory. 

 



Jednak, jeśli chodzi o sepie tych kolorów to zupełnie inna bajka a na dowód wykorzystałam motyw tego niby zdezelowanego, samochodu, którym okleiłam tacę i kilka podkładek, a który powalił mnie od pierwszego wejrzenia tym swoim głębokim, poranionym turkusem, co jednak  nie przeszkadzało mi bezlitośnie dołożyć mu jeszcze ran przecieranych i chlapanych.



Chustecznik z jednym z moich ulubionych obrazów włoskiego malarza Julio Romano i być może nie przystoi tak wspaniałe dzieła na chustecznikach nalepiać, ale dramatyzm w tym szalonym tańcu tak bardzo mnie porusza, że nie zostaje mi nic innego jak po kolejne chusteczki sięgać.



Serducho w niebieskich sepiach, które tak bardzo zauroczyły mnie u naszej koleżanki z bloga http://www.astrolabiumart.pl że pozazdrościłam i postanowiłam też coś zmalować w ten deseń jednak jeszcze kilka lat nauki wydaje się być niezbędne.



A na zakończenie tradycyjnie już kartki.



Miałam, co prawda nie rwać już szat na łamach bloga, ale wydarzenia ścigają się między sobą jak na szalonej karuzeli a żel na opuchnięte powieki powinien być suplementem do mojej codzienności i to najlepiej w beczkach. Okazuje się, że nie ma już potrzeby szukać nowego właściciela dla Marysi z poprzedniego posta, bo odszedł od nas dramatyczne mój ukochany kot Roman i jest to trzecie pożegnanie w tym roku.

Pamiętam dzień kiedy panie z TOZ-U przytargały pudło z biało-rudym diabełkiem, który jak huragan katrina przetoczył się przez wszystkie pokoje, potrącając to, co stanęło mu na drodze i tak mu zostało tzw. ruchliwa upierdliwość zwana naukowo nadpobudliwością psychoruchową. Potem wskoczył na stolik i mnie pocałował wzbudzając powszechny aplauz i to też mu zostało, bo dzień bez pocałunku był dla nas dniem straconym wszak byłam jego sprzątaczką, drapaczką i opatrywaczką ran bitewnych.
Kiedy w rozmowie telefonicznej pani z TOZ-u wyczuła moje nim zmęczenie zaproponowała wymianę na spokojniejszy egzemplarz, ale wymiana kota w worku na kolejnego kota w worku to bezsens poza tym jak to wymienić? Dzieci też można?
 
Uwielbiał lokować swe ciało w środku majdanu z farb i lakierów, co doprowadzało mnie do pasji, ale mąż obserwując nasz związek tłumaczył, że to z miłości, bo on  kocha wszystko, czego dotykam. I tak toczyliśmy wspólny żywot albo pod górkę, albo z górki na pazurki do momentu, kiedy to w pogoni za ciszą przeprowadziliśmy się do domu pod lasem, gdzie zmienił się w niezależnego ważniaka  i zaczął mieć własne życie, które zresztą go zabiło.
A ponieważ ziemia dalej toczy swój garb uroczy jak śpiewa Stare Dobre Małżeństwo Nutelka zyskała jego miejsce na łóżku, Marysia zyskała nowy dom tylko moje miejsce w sercu nie wiem, kiedy się zabliźni i chętnie wróciłabym do czasów, kiedy jego ADHD było na najwyższych obrotach i była bym przeszczęśliwa gdybym się mogła na niego zezłościć jak za dawnych lat. 

 

Drzwi zostały zamknięte, czyli ostanie zdjęcia Romana.


Kolejne drzwi się otworzyły, czyli pierwsze zdjęcia Marysi. Niestety nie całuje tak jak Roman w końcu jesteśmy tej samej płci i mam nadzieję, że kiedyś będę patrzeć na te jej pierwsze dni z nami  i wspominać ją tak jak teraz wspominam Romana, bo na razie widzę tylko biało-czarnego diabełka.

Zwykle w tym miejscu i o tej porze miewałam głupawkę przedurlopową tym razem jest ona poniżej normy, bo krok po kroczku najpiękniejszy w całym roczku idzie nasz czas i jakoś uda mi się lepiej lub gorzej wylizać rany i z hukiem wykurzyć smutki i tęsknoty, a ponieważ środki komunikacji się zapełniły, więc kolejny raz unikniemy zgiełku, upały się skończyły, czyli unikniemy maltretowania ciał żarem a jak zwykle dzikie i zadumane Bieszczady tkwią w tym swoim dzikim zadumaniu, więc po raz kolejny nie uda nam się uciec przed ciszą i spokojem.