To nieplanowany
post taki można powiedzieć na upartego, ponieważ chciałam przypomnieć o trwającym
konkursie na blog roku 2014, w którym nie mam żadnych szans. Natomiast na początku planowałam się
wypowiedzieć na temat niektórych prowadzących w tym konkursie blogów aż zwoje stanęły mi dęba, bo wygląda na to, że trochę jadu albo słodkie selfie i sukces gwarantowany jednak dałam spokój wszak mamy demokrację. Być może to tylko wykwity mojej wypasionej wyobraźni i mam nadzieję, że jurorzy zrobią z nimi
porządek.
Jak widać przygotowałam na dziś kilka prac: szafkę na klucze, deskę i podkładki pod kubek.
Podkładki, czyli małe kafelki ceramiczne pomalowałam farbami Anny Sloan jednak w tym miejscu ciężka
łza osunęła się po mym licu rozbryzgując o klawiaturę komputera, bo oto puszka
słynnej farby Anny Sloan w kolorze old white pokazała swoje dno, a przecież farba ta
odmieniła mój sposób patrzenia na substancje wynalezione przez człowieka.
Wiem, bezcześciłam ją dodatkami niegodnymi jej składu
chemicznego, bezczelnie lałam w nią wodę i mieszałam ją z innymi kolorami jak z
błotem, więc przyszedł dzień zapłaty. Nie widziałam jeszcze dna białej puszki
farby, która miała by tak żałobny kolor a moja łza była tak ogromna, że ugiął
się pod nią sam gabarytowy król wszystkich klawiszy - enter.
Nie
mów, że coś ci się od świata należy. Świat nic nie jest ci winien - był tutaj
przed tobą.
Ponieważ
chwilowo choroba rombowa mi zelżała wzięłam się za ratowanie szafeczki, którą
spaprałam tak, że kilka razy przymierzałam się czy nie wrzucić jej do pieca a jak
wyglądała nie pokażę, bo szkoda placu na blogu wszak miejsce w cyberprzestrzeni
też trzeba oszczędzać. Zgodnie z buddyjskim przysłowiem, że nie ma drogi do szczęścia, bo to droga
jest szczęściem wzięłam ją w obroty i po lekkim przeszlifowaniu zamalowałam
wszystko farbą Annie Sloan.
W
trakcie procesu zdobienniczego postawiłam na miłosne akcenty dorzucając drewniane, bezpańskie serca a żeby zagrały w jednej
orkiestrze dałam im podobne kolory lub motywy. Ogólnie chciałam by całość
prezentowała się delikatnie, jako, że miłość to delikatne zjawisko a w każdym
razie takie są jej założenia, choć podobno nie jedno ma imię.
Perfekcyjne
zawijasy to oczywiście gotowy wyrób a użyty papier to papier do scrapbookingu, więc część
szafki pomalowana farbami AS jest wywoskowana a część oklejona papierem
polakierowana jest lakierem akrylowym. To taki nieco zawiły mix różnych technik
ratowniczych.
Jeszcze
echo minionych świąt, bo od Lejdy-any dostałam taką oto śliczną kartkę i
przeuroczego zająca, który przez całe święta pięknie prężył się i czarował na
kredensie w otoczeniu różnych gadżetów świątecznych. Serdecznie Ci dziękuję Aniu za pamięć i za te jak zwykle
perfekcyjnie wykonane rzeczy.
Oraz chwila na chwalipięctwo i lokowanie produktu,
bo okazało się, że wałek rzucony na wyzwanie Szuflady godnie na siebie
zarobił,
bo nie dość, że dostał wyróżnienie to wygrał bon w sklepie Eko-deko,
który ciągle mnie zaskakuje kreatywnością w tworzeniu nowych
deco-scrabów. I tak dzięki
wałkowi czekam na kolejną porcję zawijasów, które dumnie otoczą laureata.
Kreatywność przypomina trawnik wystarczy odrobina
starań i odrasta.
Nawiązując do poprzedniego posta
jedna z koleżanek, podrzuciła informację uzupełniającą do kalendarza nietypowych
świąt, że 5 lipca jest dniem łapania za biust, więc Panie, które kalendarz
wydrukowały mogą go uzupełnić o to doniosłe święto, które niestety już minęło.
Ponadto ktoś szukał sądząc po wyszukiwanych słowach kluczowych dnia łapania za
tyłek, ale niestety ten kalendarz nie przewiduje, więc zapewne posurfował
dalej.
Jeśli chodzi o candy odrobinę mnie
przerosło, ponieważ miałam ambitny plan żeby zaglądać do Was na bieżąco jednak
za dużo się ostatnio dzieje w naszym życiu, o czym wspomnę jeszcze poniżej a ponieważ
czas to beton i pewnie Wy też coś o tym wiecie, więc na razie witam nowe osoby
i dziękuję za przemiłe, ciepłe komentarze, które nadają sens temu, co robię i obiecuję,
że będę się starać żebyście się nie rozczarowali.
Oto szafeczka na
klucze mocno kombinowana, bo motywy wzięte z wielu źródeł. Malowałam dwa razy, ponieważ
kolor ciągle nie ten, ale poza tym gładko poszło. Czyżby perfekcja mnie dopadała
powoli albo pełne pychy zadowolenie z siebie?
Otóż nie, bo oto deseczka, która
zadowoliła mnie dopiero po zeszlifowaniu, przemalowaniu i żmudnym przetasowaniu
motywów i w rezultacie odwróciłam kota ogonem o jakieś 360 stopni, bo wróciłam
do pierwszego pomysłu marnując tylko czas.
Wraz z ustąpieniem lodów wróciły mi
też śmietnikowe natręctwa, na które radary mam non stop w gotowości
wycelowane. Widać też kawałek Romana.
Na razie waliza zalega w kącie,
ale jej czas nadchodzi, ponieważ zaczynamy z małżonkiem wcielać w życie nasz plan
B, który kiedyś był planem A, ale pod wpływem wydarzeń plan B upadł i trzeba
było odejść od B, który był A i znaleźć nowe A a zapomnieć o B, ale jak już wspomniałam
jej wysokość szara rzeczywistość nie pozwala nam na spokojną realizację zamierzeń,
ale musi miotać po pokładzie, rzucać o burtę a i torsje się zdarzają w
międzyczasie. Krótko mówiąc wracamy do planu B, który kiedyś był A nie
zarzucając nowego A i mogłabym nawet wzór na to rozpisać a nobel za niego byłby
zapewne formalnością a te pokrętne wyjaśnienia mają tyle wspólnego z tym,
blogiem, że będę czasami wtrącać krótkie relacje remontowo-budowlano-wnętrzarskie
i jeszcze ogrodnicze do tego, ponieważ podjęliśmy decyzję o wyremontowaniu pewnej
ruderki do zamieszkania i nawet zdjęć nie pokażę na razie, bo mi bloga zeszpecą
i z pewnością to żaden krok dla ludzkości, ale dla nas milowy i mam nadzieję,
że w końcu spadniemy na cztery łapy, ale żeby całkiem dobrze się czuć trzeba jak
mawia moja koleżanka z blogu: Szydełko, decoupage, kuchnia i nie tylko....
a/ się wyspać,
b/ nic nie może boleć,
c/ nie można być kierownikiem.
A oto plan z zdjęciowy z wstępnej
fazy realizacji planu, B, czyli wielkie wyrzucanie, które znacząco przyniosło
ulgę przestrzeni i przyniosło luźniejszy jej oddech. Bardzo się starałam o artystyczne
ujęcia tego śmietnika i jeszcze mała dygresja - zamówienie tego kontenera to
prezent, który sprawiliśmy sobie z małżonkiem na rocznicę ślubu i krzątając się
jak przy nim w upale i kurzu spędziliśmy ten jubileuszowy dzień zagryzając suchymi
bułami i popijając litrami życiodajnego napoju, bo niestety na każdy inny było
za gorąco.
I krótka relacja z ogródka, bo to
nasze pierwsze „żniwa” i wszystko byłoby fajnie gdyby nie fakt, że zapomnieliśmy,
co posialiśmy i trzeba czekać aż będzie na tyle duże, że samo się przedstawi. Niektóre
roślinki w ogóle nie wzeszły, niektóre za mocno upchnęłam, więc
wzeszły mierne, ale już mnie zazdrość nie zżera od środka, o czym dobrze wie
jedna z moich blogowych koleżanek.
Dziś kącik muzyczny nieco patriotyczny,
bo w nim moje ostatnie odkrycie, chociaż pewnie jestem opóźniona a właściwie na
pewno jestem opóźniona, ponieważ błądząc ostatnio po You tubie zachciało mi się
wspomnień historycznych i sięgnęłam po Mury - Jacka Kaczmarskiego. Obok Murów Jacka
wisi również ten utwór w wykonaniu Michała Gasza z Szansy na sukces z 2007r. i
pomyślałam sobie, że to musi być trochę bezczelny śmiałek, żeby z takim
monumentem się zmierzyć no i rzeczywiście. Michał Gasz to śmiałek, ale nie
bezczelny tylko mega śmiałek i nie tylko dał radę, ale jego interpretacja jest
powiedziałabym ani gorsza, ani lepsza tylko pięknie różna od wersji Jacka
Kaczmarskiego a do tego on też rozumie, o czym śpiewa jak napisał ktoś w
komentarzu. Krótko mówiąc ciary na plecach.
Świat stoi otworem tylko my zapominamy,
że od czasu do czasu zaciska pośladki.
Dziś wpis odrobinę jakby kaleki, bo miałam pokazać dwie
szafeczki na klucze, ale będzie tylko jedna gdyż druga zasili moją jakże różnorodną
a przede wszystkim długą jak do Kasprowego kolejkę do szlifowania przedmiotów niespełniających
wymogów estetycznych a ponieważ wyjeżdżam w tym tygodniu służbowo to nie będzie
czasu na drugie podejście i mimo, że powszechnie wiadomo, że czas to drań to czasem czas też potrzebuje trochę czasu i serca a nawet rozumu a resztę pominę
milczeniem pozorując dobrą minę do złej gry.
Szafeczka, która spełniła jako
tako wymogi estetyczne, ale ziaje ułomnością jest zrobiona przez naszą małżeńską Sp.z.o.o,
ponieważ wyprodukował ją małżonek, dzięki czemu jest znacznie większych rozmiarów,
niż te ze sklepu a do tego jest - „artystycznie poorana”, bo mój małżonek przejawia
artystyczne upodobania tyle, że są to upodobania odrobinę szorstkie, (hm...nie
dałam do ocenzurowania, więc nie wiem jaka będzie reakcja).
Dzięki artystycznemu pooraniu, zabejcowaniu
i przeszlifowaniu wyłonił się jasny kolor surowego drzewa, który kontrastuje z
ciemną bejcą poza tym nie wiem czy to widać na zdjęciu, ale w rzeczywistości szafeczka
wygląda na lekko wyboistą i tak bardzo spodobał mi się ten wyboisty, rustykalny
efekt, że polakierowałam ją tylko kilka razy, aby jej nie uładzić w końcu to
nie jest dywan i nie będzie potrzebny notoryczny kontakt fizyczny.
Szafeczka
nie jest dopięta na ostatni guzik, bo nie ma haczyków na klucze, czyli
właściwie czegoś, do czego została powołana statutowo, ale dzięki temu mogę pokazać
w całej okazałości ciekawe usłojenie na tylnej ściance a nasze klucze muszą jeszcze
poczekać żeby godnie zawisnąć, bo przecież, co ma wisieć nie utonie a czyż ozdóbki
nie są najważniejsze?
A to pewna gwiazdeczka, którą cierpliwie lansuję, czyli Roman w wojnie między białymi a kolorowymi.
Kolejny facet o „pięknie
charczącym” głosie, czyli - Steve Perry
z zespołu Yourney. Piosenka Faithfully to
piękna ballada rockowa, która powstała zaledwie kilka lat po późnym Gierku i
poza tym nie ma z nim nic wspólnego.
Nie dyskutuj nigdy z idiotą - najpierw sprowadzi cię na swój
poziom, a potem pokona doświadczeniem.