Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szafeczki na klucze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szafeczki na klucze. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 lutego 2015

Taki trochę widmo-post




To nieplanowany post taki można powiedzieć na upartego, ponieważ chciałam przypomnieć o trwającym konkursie na blog roku 2014, w którym nie mam żadnych szans. Natomiast na początku planowałam się wypowiedzieć na temat niektórych prowadzących w tym konkursie blogów aż zwoje stanęły mi dęba, bo wygląda na to, że  trochę jadu albo słodkie selfie i sukces gwarantowany jednak dałam spokój wszak mamy demokrację. Być może to tylko wykwity mojej wypasionej wyobraźni i mam nadzieję, że jurorzy zrobią z nimi porządek.





Jak widać przygotowałam na dziś kilka prac: szafkę na klucze, deskę i podkładki pod kubek.




Podkładki, czyli małe kafelki ceramiczne pomalowałam farbami Anny Sloan jednak w tym miejscu ciężka łza osunęła się po mym licu rozbryzgując o klawiaturę komputera, bo oto puszka słynnej farby Anny Sloan w kolorze old white pokazała swoje dno, a przecież farba ta odmieniła mój sposób patrzenia na substancje wynalezione przez człowieka.




Wiem, bezcześciłam ją dodatkami niegodnymi jej składu chemicznego, bezczelnie lałam w nią wodę i mieszałam ją z innymi kolorami jak z błotem, więc przyszedł dzień zapłaty. Nie widziałam jeszcze dna białej puszki farby, która miała by tak żałobny kolor a moja łza była tak ogromna, że ugiął się pod nią sam gabarytowy król wszystkich klawiszy - enter.













Nie mów, że coś ci się od świata należy. Świat nic nie jest ci winien - był tutaj przed tobą.
Mark Twain

niedziela, 27 kwietnia 2014

O tym, że czasem można odzyskać coś, czego się wcale nie straciło




Ponieważ chwilowo choroba rombowa mi zelżała wzięłam się za ratowanie szafeczki, którą spaprałam tak, że kilka razy przymierzałam się czy nie wrzucić jej do pieca a jak wyglądała nie pokażę, bo szkoda placu na blogu wszak miejsce w cyberprzestrzeni też trzeba oszczędzać. Zgodnie z buddyjskim przysłowiem, że nie ma drogi do szczęścia, bo to droga jest szczęściem wzięłam ją w obroty i po lekkim przeszlifowaniu zamalowałam wszystko farbą Annie Sloan. 

W trakcie procesu zdobienniczego postawiłam na miłosne akcenty dorzucając drewniane, bezpańskie serca a żeby zagrały w jednej orkiestrze dałam im podobne kolory lub motywy. Ogólnie chciałam by całość prezentowała się delikatnie, jako, że miłość to delikatne zjawisko a w każdym razie takie są jej założenia, choć podobno nie jedno ma imię. 




Perfekcyjne zawijasy to oczywiście gotowy wyrób a użyty papier to papier do scrapbookingu, więc część szafki pomalowana farbami AS jest wywoskowana a część oklejona papierem polakierowana jest lakierem akrylowym. To taki nieco zawiły mix różnych technik ratowniczych. 


Jeszcze echo minionych świąt, bo od Lejdy-any dostałam taką oto śliczną kartkę i przeuroczego zająca, który przez całe święta pięknie prężył się i czarował na kredensie w otoczeniu różnych gadżetów świątecznych. Serdecznie Ci dziękuję Aniu za pamięć i za te jak zwykle perfekcyjnie wykonane rzeczy. 



Oraz chwila na chwalipięctwo i lokowanie produktu, bo okazało się, że wałek rzucony na wyzwanie Szuflady godnie na siebie zarobił, bo nie dość, że dostał wyróżnienie to wygrał bon w sklepie Eko-deko, który ciągle mnie zaskakuje kreatywnością w tworzeniu nowych deco-scrabów. I tak dzięki wałkowi czekam na kolejną porcję zawijasów, które dumnie otoczą laureata.

 













Kreatywność przypomina trawnik wystarczy odrobina starań i odrasta.
Julia Cameron

niedziela, 17 lipca 2011

Świat na głowie, czyli nie tylko dekupażem świat stoi


Nawiązując do poprzedniego posta jedna z koleżanek, podrzuciła informację uzupełniającą do kalendarza nietypowych świąt, że 5 lipca jest dniem łapania za biust, więc Panie, które kalendarz wydrukowały mogą go uzupełnić o to doniosłe święto, które niestety już minęło. Ponadto ktoś szukał sądząc po wyszukiwanych słowach kluczowych dnia łapania za tyłek, ale niestety ten kalendarz nie przewiduje, więc zapewne posurfował dalej.
Jeśli chodzi o candy odrobinę mnie przerosło, ponieważ miałam ambitny plan żeby zaglądać do Was na bieżąco jednak za dużo się ostatnio dzieje w naszym życiu, o czym wspomnę jeszcze poniżej a ponieważ czas to beton i pewnie Wy też coś o tym wiecie, więc na razie witam nowe osoby i dziękuję za przemiłe, ciepłe komentarze, które nadają sens temu, co robię i obiecuję, że będę się starać żebyście się nie rozczarowali.

Oto szafeczka na klucze mocno kombinowana, bo motywy wzięte z wielu źródeł. Malowałam dwa razy, ponieważ kolor ciągle nie ten, ale poza tym gładko poszło. Czyżby perfekcja mnie dopadała powoli albo pełne pychy zadowolenie z siebie? 


Otóż nie, bo oto deseczka, która zadowoliła mnie dopiero po zeszlifowaniu, przemalowaniu i żmudnym przetasowaniu motywów i w rezultacie odwróciłam kota ogonem o jakieś 360 stopni, bo wróciłam do pierwszego pomysłu marnując tylko czas.



Wraz z ustąpieniem lodów wróciły mi też śmietnikowe natręctwa, na które radary mam non stop w gotowości wycelowane. Widać też kawałek Romana.

Na razie waliza zalega w kącie, ale jej czas nadchodzi, ponieważ zaczynamy z małżonkiem wcielać w życie nasz plan B, który kiedyś był planem A, ale pod wpływem wydarzeń plan B upadł i trzeba było odejść od B, który był A i znaleźć nowe A a zapomnieć o B, ale jak już wspomniałam jej wysokość szara rzeczywistość nie pozwala nam na spokojną realizację zamierzeń, ale musi miotać po pokładzie, rzucać o burtę a i torsje się zdarzają w międzyczasie. Krótko mówiąc wracamy do planu B, który kiedyś był A nie zarzucając nowego A i mogłabym nawet wzór na to rozpisać a nobel za niego byłby zapewne formalnością a te pokrętne wyjaśnienia mają tyle wspólnego z tym, blogiem, że będę czasami wtrącać krótkie relacje remontowo-budowlano-wnętrzarskie i jeszcze ogrodnicze do tego, ponieważ podjęliśmy decyzję o wyremontowaniu pewnej ruderki do zamieszkania i nawet zdjęć nie pokażę na razie, bo mi bloga zeszpecą i z pewnością to żaden krok dla ludzkości, ale dla nas milowy i mam nadzieję, że w końcu spadniemy na cztery łapy, ale żeby całkiem dobrze się czuć trzeba jak mawia moja koleżanka z blogu: Szydełko, decoupage, kuchnia i nie tylko....
a/ się wyspać,
b/ nic nie może boleć,
c/ nie można być kierownikiem.


A oto plan z zdjęciowy z wstępnej fazy realizacji planu, B, czyli wielkie wyrzucanie, które znacząco przyniosło ulgę przestrzeni i przyniosło luźniejszy jej oddech. Bardzo się starałam o artystyczne ujęcia tego śmietnika i jeszcze mała dygresja - zamówienie tego kontenera to prezent, który sprawiliśmy sobie z małżonkiem na rocznicę ślubu i krzątając się jak przy nim w upale i kurzu spędziliśmy ten jubileuszowy dzień zagryzając suchymi bułami i popijając litrami życiodajnego napoju, bo niestety na każdy inny było za gorąco. 

I krótka relacja z ogródka, bo to nasze pierwsze „żniwa” i wszystko byłoby fajnie gdyby nie fakt, że zapomnieliśmy, co posialiśmy i trzeba czekać aż będzie na tyle duże, że samo się przedstawi. Niektóre roślinki w ogóle nie wzeszły, niektóre za mocno upchnęłam, więc wzeszły mierne, ale już mnie zazdrość nie zżera od środka, o czym dobrze wie jedna z moich blogowych koleżanek.



Dziś kącik muzyczny nieco patriotyczny, bo w nim moje ostatnie odkrycie, chociaż pewnie jestem opóźniona a właściwie na pewno jestem opóźniona, ponieważ błądząc ostatnio po You tubie zachciało mi się wspomnień historycznych i sięgnęłam po Mury - Jacka Kaczmarskiego. Obok Murów Jacka wisi również ten utwór w wykonaniu Michała Gasza z Szansy na sukces z 2007r. i pomyślałam sobie, że to musi być trochę bezczelny śmiałek, żeby z takim monumentem się zmierzyć no i rzeczywiście. Michał Gasz to śmiałek, ale nie bezczelny tylko mega śmiałek i nie tylko dał radę, ale jego interpretacja jest powiedziałabym ani gorsza, ani lepsza tylko pięknie różna od wersji Jacka Kaczmarskiego a do tego on też rozumie, o czym śpiewa jak napisał ktoś w komentarzu. Krótko mówiąc ciary na plecach.

















Świat stoi otworem  tylko my zapominamy, że od czasu do czasu zaciska pośladki.

piątek, 27 maja 2011

Manufaktura małżeńska


Dziś wpis odrobinę jakby kaleki, bo miałam pokazać dwie szafeczki na klucze, ale będzie tylko jedna gdyż druga zasili moją jakże różnorodną a przede wszystkim długą jak do Kasprowego kolejkę do szlifowania przedmiotów niespełniających wymogów estetycznych a ponieważ wyjeżdżam w tym tygodniu służbowo to nie będzie czasu na drugie podejście i mimo, że powszechnie wiadomo, że czas to drań to czasem czas też potrzebuje trochę czasu i serca a nawet rozumu a resztę pominę milczeniem pozorując dobrą minę do złej gry.
Szafeczka, która spełniła jako tako wymogi estetyczne, ale ziaje ułomnością jest zrobiona przez naszą małżeńską Sp.z.o.o, ponieważ wyprodukował ją małżonek, dzięki czemu jest znacznie większych rozmiarów, niż te ze sklepu a do tego jest - „artystycznie poorana”, bo mój małżonek przejawia artystyczne upodobania tyle, że są to upodobania odrobinę szorstkie, (hm...nie dałam do ocenzurowania, więc nie wiem jaka będzie reakcja).



Dzięki artystycznemu pooraniu, zabejcowaniu i przeszlifowaniu wyłonił się jasny kolor surowego drzewa, który kontrastuje z ciemną bejcą poza tym nie wiem czy to widać na zdjęciu, ale w rzeczywistości szafeczka wygląda na lekko wyboistą i tak bardzo spodobał mi się ten wyboisty, rustykalny efekt, że polakierowałam ją tylko kilka razy, aby jej nie uładzić w końcu to nie jest dywan i nie będzie potrzebny notoryczny kontakt fizyczny.


Szafeczka nie jest dopięta na ostatni guzik, bo nie ma haczyków na klucze, czyli właściwie czegoś, do czego została powołana statutowo, ale dzięki temu mogę pokazać w całej okazałości ciekawe usłojenie na tylnej ściance a nasze klucze muszą jeszcze poczekać żeby godnie zawisnąć, bo przecież, co ma wisieć nie utonie a czyż ozdóbki nie są najważniejsze?



A to pewna gwiazdeczka, którą cierpliwie lansuję, czyli Roman w wojnie między białymi a kolorowymi.





Kolejny facet o „pięknie charczącym” głosie, czyli -  Steve Perry z zespołu Yourney. Piosenka Faithfully to piękna ballada rockowa, która powstała zaledwie kilka lat po późnym Gierku i poza tym nie ma z nim nic wspólnego.




Nie dyskutuj nigdy z idiotą - najpierw sprowadzi cię na swój poziom, a potem pokona doświadczeniem.