Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tace. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tace. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 marca 2017

Niemal niemy post pełen skruchy


Skąd ta skrucha? Oczywiście z rzadkiej częstotliwości zaglądania tutaj aż musiałam sobie przypomnieć jak się wstawia zdjęcia. Ale wygląda na to, że nic się nie zmieni w najbliższym czasie, co nie znaczy, że zupełnie nic nie robię. 
Na pisanie też nie mam weny albo inaczej ulokowałam wenę w innym miejscu, więc przepraszam, że do Was nie zaglądam, ale wygląda na to, że w najbliższym czasie to też się nie zmieni.





























Zawsze chciałam być kimś. Szkoda tylko, że nie sprecyzowałam swojego pragnienia. 
Tomlin Lily
 




środa, 28 stycznia 2015

Styczniowe babskie dywagacje

Jak nam powszechnie wmówiono albo daliśmy sobie wmówić styczeń nie jest miesiącem harców adrenaliny z endorfinami, jeśli już jest to raczej chocholi taniec tej pary, ponieważ mamy w nim i niesłusznie osławiony blue monday i rekordową w skali roku ilość pozwów rozwodowych przy okazji nie wytrzymał ciśnienia i zbzikował nam frank a ja martwiłam się, że muszę się rozstać z różowymi świnkami z polarowej piżamki, kiedy znowu dopadło mnie choróbsko i znowu przyszło mi obcować z nimi aż nadto intensywnie.


Ale każdy miesiąc ma własną specyfikę i ciernistą drogę i przed każdym przydałby się eksternistyczny kurs spadania na cztery łapy najlepiej na jakąś puchową poduszkę powietrzną z wypasionym wyposażeniem, zasilaną pozytywnymi fluidami i możliwością puszczania sygnałów dymnych, kiedy już zaczniemy pękać na dobre. Czasem wypadnie zupełnie nieprzewidziany punkt programu, ale często to my sami skrupulatnie przeszukujemy środowisko by znaleźć dziurę w całym podczas gdy tkwi ona sobie spokojnie zawsze tym samym miejscu od czasów Adama i Ewy. 

 

Systematyczna praca nad utrzymaniem pozytywnego klimatu w zwojach jest upierdliwa a widzenie przyszłości w zawsze świetlanej wersji trudne i ani pigułki szczęścia, ani wyrafinowane e-zabawki nie pomagają. Trzeba od siebie bezustannie coś wymagać, egzekwować kolejne posunięcia stosując system nagród czy roztropny doping niestety urabiając przy okazji po łokcie swoje zwoje. 
Czasem nie pomoże nawet porządne nagięcie karku, bo uparty jak osioł wózek z tym całym naszym majdanem ani drgnie i wtedy trzeba użyć podstępu a jakiego to może nam podpowiedzieć nam tylko nasza wypasiona wyobraźnia np. wyparcia, zapomnienia, czekoladowej zemsty albo bezczelnego oszukiwania siebie samego wszak Elvis żyje prawda?  
 





I tym optymistycznym akcentem zakończę tę kreatywną psychologię okraszoną nie mającymi szans na powołanie do życia teoriami, które wynikają być może z braku światła a być może z zimna, choć po chorobie dość starannie ogaciłam swoje ciało i zwoje.



Natomiast dzisiejszy post przeplatałam kompletem w stylu francuskim, na którym wykorzystałam cztery różne serwetki, jest też długo czekająca na wykończenie doniczka z robotą prostą jak drut no i nie mogło zabraknąć kartki z przesłaniem. 






Specjalnie dla Marty B. jedna z różowych świnek, choć w poprzednim poście też jest może tylko bardziej stonowana.
















Każdy człowiek jest skończonym idiotą co najmniej przez pięć minut dziennie. Mądrość polega na tym, by nie przekraczać tego limitu.

Hubbard Elbert


środa, 9 kwietnia 2014

Taca pełna zawiajsów i co ma wałek kuchenny do opery paryskiej?




Zakupiłam sobie taką oto pełną ozdobników metalową, szorstką tacę jednak jej powabna chropowatość, która mnie skusiła okazała się zasadzką. Transfery jak niewierne kochanki jeden po drugim odchodziły razem z tą szorstką warstwą i nie pozostało nic innego jak znaleźć wystarczająco opasły pod  względem wielkości i grubości motyw żeby jakoś przysztukować jej ten barbarzyńsko wyrwany środek.
 


Pozornie proste, ale w praktyce okazuje się być jak za krótka kołdra: albo za mała, albo za długa, albo lepiej było by w poprzek a kiedy pasuje w poprzek to wzdłuż nie dochodzi tym bardziej, że cienkie serwetki czy papier ryżowy nie wchodziły w grę.
 

Ostatecznie padło na taki wypasiony w zawijasy motyw, więc należało go tylko…........wyciąć i podejrzewam, co sobie teraz myślicie: desperatka? kamikadze? Jednak wcale nie wycinanie, ale przyklejenie tego ustrojstwa okazało się wyzwaniem, ponieważ musiałam uruchomić wiele nieużywanych, na co dzień mięśni tak wiele rzeczy trzeba było jednocześnie doklejać, odklejać wygładzać przy okazji rwąc włosy. Kara za niehumanitarne obchodzenie się z martwą naturą a taca w rezultacie wygląda jak wygląda natomiast nieśmiałe romby to efekt zarażenia się nimi od De ququ.

 

Statystycznie rzecz ujmując niczego jeszcze nie bieliłam na tym blogu podobnie jak nigdy nie użyłam motywu lawendy poza wykonaną na wstępie „kariery” doniczką, której nie pokażę choćby mnie na kole łamano. Żeby uzupełnić te braki w decoupagowym życiorysie miałam zamiar zrobić mały, bielony komplet lawendowy.
Nawet udało mi się zamierzony komplet wybielić, co jakoś znikło pod zabiegami craclowania i tepowania a lawenda albo mnie przerosła, albo niedostatecznie się przyłożyłam, bo nie udało się jej dostosować do kilku różnych przedmiotów. W rezultacie w dalszym ciągu nie ma ani lawendy, ani bielenia, ani kompletu. Doła zakopałam poprzez ozdobienie klamotów w różne bajki, co wcale nie przeszkodziło mi w zakupie kolejnej ślicznej serwetki z …….lawendą. 


To chyba jedyny kuchenny wałek świata z motywem opery paryskiej i trochę niekonwencjonalne połączenie, ale jak go przyłożyłam pasował jak ulał, więc po przygodach z tacą uznałam, że nie ma, co kombinować. 


Rzadko mi się zdarza, ale ponieważ przez przypadek wpasowałam się w temat niniejszy wałek ma zaszczyt wziąć udział w wyzwaniu Szuflady, gdzie tematem jest Paryż. 

http://szuflada-szuflada.blogspot.com/2014/04/wyzwanie-4-paryz.html

Nawiązując jeszcze do lawendy poza serwetkami kupiłam pęczek ww., ale się w drodze posypał i został po jej kwieciu jeno ogryzek natomiast w całości dotarł termometr lawendowy, który mam nadzieję będzie pilnować temperatury, w której funkcjonują moje zwoje żeby nie dopuszczać do przegrzewania.


Jakoś zachciało mi się dinozaurów, więc wrzucam przepiękną, rockową balladę Judas Priest.